W kwietniu siedemdziesi?tego ?smego
le?a?em na pod?odze w jednym z akademik?w Lwowa,
prawie nieprzytomny z przepicia
i osiemnastoletni.
Nade mn? co? si? odbywa?o, moi starsi
kumple przyjmowali go?ci, pili herbat?
z winem, pletli o sztuce.
Moja g?owa wirowa?a w centryfudze.

Zdaje si?, ?e to by?a nieszcz??liwa mi?o??
i problemy z roczn? prac? w tej liczbie.

Przez mg?? w oczach
zobaczy?em rozczochrane zarysy Dema i zapad?em si?
w jeszcze g??bsz? otch?a? niemo?liwego! Delirium
tremens: Dem w moim pokoju!

Ju? nie wiem, czy to dobrze czy ?le,
ale w wieku osiemnastu lat jeszcze potrzebujemy
kult?w, ikon czy raczej idoli.
Dem by? malarzem alternatywnym.
Dem by? hopowy, surowy, d?insowy,
skojarzeniowy, uniwersalny,
M?townia zgarnia?a go niemal codziennie.
Jego obrazki kupowali zagraniczni snobi.
Jak wszyscy fanatycy got?w by?em my?
jego podziurawione stopy.
By? ?wi?tym mojego kultu, you know what I mean?

W pa?dzierniku dwutysi?cznego drugiego
(Niczego sobie, ?wier? wieku jak z bicza strzeli?!)
nie pu?cili go na m?j wiecz?r.
Podobno by? prawie nieprzytomny
z przepicia i si? nie nadawa?. Tym bardziej
do takiego alternatywnego zebrania.

Wszystko, co pozosta?o tym razem po nim –
jaka? litografia
na dodatek z pocztowym znaczkiem, dla mnie.
Nawet nie wiem, co z ni? zrobi?.
Jako? dziwnie wiesza? na ?cianie pocztowy znaczek.

Ale ja nie o tym –
a o wiecznym mijaniu si?. Tyle twarzy
wessa?o w niedosi??ne odstojniki!
One ju? nawet stamt?d nie krzycz?,
nawet nie krzycz?.

I tyle tego, co si? nie zdarzy?o, co wi?cej
ju? si? nie stanie,

A z drugiej strony –
jak? powie?? napisali?my we dw?ch, sami
o tym nie wiedz?c! Jaka zajebista epicko??
na przestrzeni ca?ego ?wier? wieku! Dem! S?yszysz?
Dem!!!

Krzycz? do ciebie ze swojego odstojnika.