W kwietniu siedemdziesiątego ósmego
leżałem na podłodze w jednym z akademików Lwowa,
prawie nieprzytomny z przepicia
i osiemnastoletni.
Nade mną coś się odbywało, moi starsi
kumple przyjmowali gości, pili herbatę
z winem, pletli o sztuce.
Moja głowa wirowała w centryfudze.
Zdaje się, że to była nieszczęśliwa miłość
i problemy z roczną pracą w tej liczbie.
Przez mgłę w oczach
zobaczyłem rozczochrane zarysy Dema i zapadłem się
w jeszcze głębszą otchłań niemożliwego! Delirium
tremens: Dem w moim pokoju!
Już nie wiem, czy to dobrze czy źle,
ale w wieku osiemnastu lat jeszcze potrzebujemy
kultów, ikon czy raczej idoli.
Dem był malarzem alternatywnym.
Dem był hopowy, surowy, dżinsowy,
skojarzeniowy, uniwersalny,
Mętownia zgarniała go niemal codziennie.
Jego obrazki kupowali zagraniczni snobi.
Jak wszyscy fanatycy gotów byłem myć
jego podziurawione stopy.
Był świętym mojego kultu, you know what I mean?
W październiku dwutysięcznego drugiego
(Niczego sobie, ćwierć wieku jak z bicza strzelił!)
nie puścili go na mój wieczór.
Podobno był prawie nieprzytomny
z przepicia i się nie nadawał. Tym bardziej
do takiego alternatywnego zebrania.
Wszystko, co pozostało tym razem po nim –
jakaś litografia
na dodatek z pocztowym znaczkiem, dla mnie.
Nawet nie wiem, co z nią zrobić.
Jakoś dziwnie wieszać na ścianie pocztowy znaczek.
Ale ja nie o tym –
a o wiecznym mijaniu się. Tyle twarzy
wessało w niedosiężne odstojniki!
One już nawet stamtąd nie krzyczą,
nawet nie krzyczą.
I tyle tego, co się nie zdarzyło, co więcej
już się nie stanie,
A z drugiej strony –
jaką powieść napisaliśmy we dwóch, sami
o tym nie wiedząc! Jaka zajebista epickość
na przestrzeni całego ćwierć wieku! Dem! Słyszysz?
Dem!!!
Krzyczę do ciebie ze swojego odstojnika.
Радi бачити Вас на сайтi Юрiя Андруховича!
Друже, переглядаючи статтi не полiнуйся залишити коментар i висловити свою думку. |
RSS feed for comments on this post · TrackBack URI
Залишити вiдгук