Wolf Messing: wygnanie go??bi

Mia?em przepi?kn? zdolno?? (czy mo?e wrodzon?
wad?): dwa go??bi?ta w jamie czaszki.
Zagl?dali mi w gard?o od krzyku czerwone
doktorowie, wr??bici i pomniejsi znawcy.

Jak?e szczyci?em si? wami, me skrzydlate skrzaty,
zr?czni dr?czyciele z dawnych malowide?!
Tar?y o mnie skrzyd?ami, grucha?y ca?e lato,
zak?adaj?c mi w czaszce miasteczko Gruchlida.

Jesieni? spad? z nieba prestidigitator.
Wszawym stetoskopem s?ucha?, jak tam dr?a?y.
P?? miasta zlecia?o, by gapi? si? na to.
Wtedy wyja?ni?em: “Polecie? by chcia?y”.

Wylatywa?y z g?owy przez ran? w ciemieniu
lub me trzecie oko (nie zamkniesz go nijak).
A ten pies parszywy browninga z kieszeni
wzi?? i jedn? kul? oba pozabija?…

Ca?kiem si? uspokoi?em, zamkn??em si? w sobie,
grzeczny, bez odchy??w, wr?ci?o mi zdrowie.
Nie dlatego, ?e zabite me pociechy obie,
ale ?e ich jajko cieplutkie mam w g?owie.

Pani Kapitanowa

Kapita?ska wdowa mia?a w zakamarkach
kuchni bia?e myszki chowane pok?tnie,
mia?a te? zwanego Michelem kanarka
i chustki tr?jk?tne.

Przy tym nikt nie wiedzia?, gdzie bywa do rana,
w jakich katakumbach dotrzymuje post?w?
Szlomo Fiszer czasem dawa? jej banana
lub inne warzywo, lub fig? po prostu.
(A, jeszcze najstarszy syn Andruchowycza
chleba do tych warzyw jej u?ycza?).

r?lowa zau?k?w chodz?ca w ?achmanach,
kapu?ciana g?owa w nenufarach chustek.
A ten jej kapitan – co to za ananas?
Pewnie umar? m?odo, a ?ycie mia? puste?

Dlatego kl?ka?a przenajczystsza wdowa
przed o?tarzem studni, modl?c si? bezwiednie,
?eby g??binowa i ?wi?cona woda
zmy?a z niej te ?wi?ta oraz dni powszednie.

Na ro?linnych rusztach p?ot?w zwyk?a mo?ci?
p??tna swoich chust w desenie rozmaite
i publicznie suszy? herby samotno?ci,
niedorzeczna jak prze?ytek.

A gdy jej nie sta?o – zwi?d? i ca?y Rynek,
tylko piach arabski zmi?t? ?lady jej wzrusze?.
Odlecia?a, jak m?wi?, na skrzyd?ach chu?cinek.
M?wi? te?, ?e porwali j? sanitariusze.

Kolacja po?ykacza mieczy

ma w sobie co? z rze?nika a mo?e z samuraja
jego no?e stanowi? potpourri dla jazzman?w
usta otwarte jak wrota wszystko si? tam dostraja
wa?ne by wargi rozci?gn?? a potem po podniebieniu

dwana?cie niezwykle ostrych da?
no?e sztylety finki
gimnastyka j?zyka policzk?w z?b?w tchawicy
bo szabla nade wszystko popatrzcie ukrainki
dla takiego kozaka szabla to gwiezdna granica

ona promieniem co wkracza w jego ofiarne cia?o
po?ykaj po?ykaj po?ykaj j? kiedy je?li nie teraz
precz powietrze od p?uc i serce w d?? zjecha?o
on bardziej pusty ni? duch i czujniejszy od sapera

ona znika w nim ca?a trafiwszy na jelito
wrzeszczymy dawaj dawaj przera?aj nas sw? gr?
przez nasze krzyki banzai zabaw? pospolit?
i niedorzeczn? czuje b?l i ocieka krwi?

patrzyli?my na to wszystko wo?ali?my bis i brawo
jak w cyrku albo na zje?dzie zreszt? te sprawy na bok
jak w kinie gdzie bohater filmu ginie za spraw?
a? r??a krwi wykwitnie przez gard?o i przez ?abot

[Sw?j ?lad wiosna k?ad?a]

Sw?j ?lad wiosna k?ad?a, gdzie tylko si? da:
?d?b?a traw na frontonach, ulewy, suchoty
i ciep?y bruk ulic. Zdawa?a si? z?a.
B??ka?y si? czo?gi i resztki piechoty
wraca?y nach Osten. Czere?ni? kwit? sad,
i piersi spod ta?m z nabojami, spod luf
za epopejami wzdycha?y ju? zn?w.

?wi?tyni? spisali – od naw a? do wie?,
lecz pozostawili, by sta?a na placu,
zabiwszy deskami jej drzwi wzd?u? i wszerz,
wynie?li marmury, relikwie i tace,
i z?oto kielich?w, i jedwab szat te? -
i skrzyd?a, i wino, korony we krwi,
i mumi? hrabiego w zsuni?tej na brwi
futrzance z k?em pi?ra, prawic? wata?ki,
monstrancje, nimb ?wi?tej i ptaszki z jej czaszki,
narz?dy nierz?dnic i knigi, i figi
li?? z antykwarycznego ?ona Jadwigi,
i miecze olbrzymie, pielgrzymich serc p?k -
to ca?e z?o, z?om prozachodniej zgnilizny
do aut swych wrzucali jak cia?o m??czyzny
do pierdla lub pieca.

W czas umilk? wasz d?wi?k,
by zn?w si? odezwa?, ochryp?e organy,
bo cho? rozebrano was na tysi?c rur,
wnet was przyk?ada?y do ust jak do rany
te dusze najmniejsze, te dzieci z nor, z dziur,
z tych jaski?, gdzie kamie? i plusz ju? zetla?y,
i z dna, de profundis, wr?ci?y?cie wszystkie
poci?te na tr?bki, piszcza?ki i gwizdki,
i teraz zn?w grzmicie znad katusz i ka?u?,
z miejskiego podziemia, gdzie noc i suchoty,
gdzie wiosna okry?a zieleni? traw dom.
Dop?ty te mury, te rury, ten dotyk,
dop?ki pieszczoty, zgnilizna, plusz, z?om.

Do pani Barbary L.

Portret trumienny mieszczanki Barbary Langysz (XVII w.)
przechowywany jest w lwowskim muzeum historycznym.

Ciebie – ciep??, pogodn?, z brokat?w i jedwabi,
?agodn?, wielkook?, chc? z nocy wywabi?.
Spala mnie dokuczliwe pragnienie jedyne:
jecha? do ciebie poci?giem ponad dwie godziny.

Potem mnie wyniszcza po??danie owo:
z mi?o?ci i t?sknoty dono?nie bym krzycza?
- “Wyp?y? z muzealnej ciemnicy, kr?lowo!” -
w ?rodku miasta, o p??nocy, z lwem za towarzysza.

(Lew rycza?by ze mn?).
I kiedy znienacka
zjawi?aby? si? na krzyk m?j – niby na portrecie,
zagrzmia?aby mi w sercu muzyka wariacka
i ogarn??oby mnie po??danie trzecie:

upa?? na kolana, jak buhaj w?r?d juchy,
b?aga? jak werbuj?cy do sekty duszpasterz:
“P?jd?my pi? powietrze. Tu co krok eunuchy.
Kocham twoje r?ce, oczy wy?upiaste,

sukni?, stanik, kaftanik, koszul?, zapask?,
a tak?e twe po?czochy i trzewiki.
Kocham twojego cia?a wielkanocn? pask?,
twoje ?okcie i fa?dy – a wszystko na wieki!”

Schyla?bym si? nisko, szepta?bym na ucho,
ca?owa?bym ?lady twoich st?p, Barbaro,
skraj twoich koronek, durna mieszczucho,
latawico z Rynku, g?ucha poczwaro!

Przek?ad Jacek Podsiad?o
Джерело: http://www.biuroliterackie.pl/przystan/czytaj.php?site=100&co=txt_1552