Agnieszka Wolny-Hamkało: Niektórzy pisarze nazywają siebie “opowiadaczami historii”. Niedawno w Polsce odbył się festiwal “short story”. W Anglii powstają fronty na rzecz obrony opowiadania. Pojawia się profesja “story-tellera”. A ty idziesz jakby na przekór tym trendom, historia, którą opowiadasz ma tysiące dygresji, różne szlaki, z których trzeba powrócić cało, żeby pójść “właściwą” drogą opowiadania. Stosujesz taką swobodną nawigację. Skąd u ciebie zamiłowanie do wycieczek w różne strony? Czy nie denerwuje cię łatka “postmodernisty”? Czy nie boisz się, że czytelnik nie da rady, że historia mu ucieknie, że nie podoła? I – właściwie na jakim czytelniku ci zależy?

Jurij Andruchowycz: No to zacznę od tej “łatki”. Właściwie masz rację – denerwuje. Bo jednak ciągle nie wiem, co ona znaczy. Czasami sięgałem po jakieś źródła, ale znalazłem takie sprzeczne ze sobą definicje, opisy lub charakterystyki, że odmówiłem postmodernizmowi istnienia. A oprócz tego w wewnętrznej ukraińskiej dyskusji “postmodernizm” został jakoś tak stanowczo przyklejony właśnie do mnie (przez tych krytyków, którzy mnie z różnych powodów atakowali), że ja zacząłem nie lubić tego “postmodernizmu” po prostu instynktownie – na poziomie chyba refleksu.

To jedna historia, a teraz inna: nie wiem, po co jest opowiadanie. Żeby powiedzieć – no tak, i takie rzeczy się zdarzają w tym życiu? Kiedyś może zacznę sam pisać opowiadania – może wtedy się dowiem, po co ten gatunek istnieje tak naprawdę. Inna sprawa – powieść. Właściwie, to po polsku źle się nazywa. U nas “povist” – to jakiś taki średni gatunek pomiędzy opowiadaniem a tym co u was się nazywa “powieścią”, bo to, co u was się nazywa “powieścią” – u nas nazywa się “roman”. A “roman” – to przecież kosmos! I kosmosu nie da się stworzyć bez dygresji, zboczeń i “różnych szlaków”. No i bez całkowitej wolności, bez tej “swobodnej nawigacji”.

Teraz o czytelniczych strachach. Dostałem właśnie wiadomość, że “Dwanaście kręgów” właśnie trafiło w Niemczech do “Besten-Liste”, do pierwszej dziesiątki na 6 miejsce, przy czym ocenia się je (bo oni tam maja różne kategorie ciężkości w tej “Besten-Liste”) jako “utwór średniej ciężkości czytania”. Wśród twórców tej kategorii widać też Nabokowa, Rushdiego lub Marqueza. I to mnie raczej uspokaja :-) – więc nie boję się, że czytelnik nie da rady. Zresztą najlepsi moi czytelnicy zawsze czytają moje książki nie jeden raz, wracają do nich, czytają wiele razy jakieś pewne kawałki. Ale w jakimś ostatecznym sensie i tak “nie dają sobie rady”. Bo powieść – jeśli jest udana, musi zawierać w sobie tajemnicę, zostać “rzeczą w sobie”, mieć – powiedzmy – swój “stopień skomplikowania”, wobec którego już nawet ja, autor, też “nie daję rady”. Ale to już problemy interpretacji.

Kiedy kilka lat temu pierwszy raz widziałam twój charyzmatyczny występ, dowiedziałam się, że ten happenerski temperament stale objawiał się w poetyckiej, legendarnej i szalonej grupie “Bu-Ba-Bu”. Teraz, mimo odważnej, “awangardowej” literatury zaczynasz być postrzegany niemal jako klasyk (!). Oczywiście w sensie natężenia sławy i uznania. Kiedy jadąc do Lwowa otworzyłam polski przewodnik – natknęłam się na twój tekst. Nie sposób pisać o współczesnej literaturze ukraińskiej nie odwołując się do twojej. Jak się czujesz jako bezwzględny guru najmłodszych, jako punkt orientacyjny na mapach?

Wydawcy tego przewodnika mogliby chociaż zawiadomić mnie o tej publikacji, pierwszy raz o niej słyszę. Okej, może się po tym naszym wywiadzie zgłoszą:-)

Wcale tak nie jest, że jestem “guru najmłodszych” lub “klasyk”. Właściwie od polowy lat 90-tych doznaję raczej czegoś przeciwnego – ciągłych ataków, zwłaszcza ze strony “najmłodszych”, że ja już dawno się wyczerpałem, że się degraduję, że zmarłem, że wszystko co robię – to wyłącznie porażki i każda następna książka – to jeszcze większa hańba. Ja rozumiem, że to jest w zasadzie “specjalny rodzaj miłości”, o którym również myślał mój bohater Artur Pepa. Ale z drugiej strony czuję się czasami – i dosyć często – po prostu nieszczęśnie. Więc nie mam raczej tego problemu, o który pytasz. Czuję się bardzo niepewnie i dlatego cały czas szarpię się – ryzykuję tekstami lub występami. Chcę im jednak w końcu dopierdolić!

Jurij, jesteś w Polsce bardziej znany niż niejeden znany polski pisarz. Właściwie to śmiało można stwierdzić, że Polacy po prostu rzucili się na ciebie całkiem wygłodzeni. Co sądzisz o odbiorze twoich książek w Polsce? Czy sądzisz, że krytyka sobie z nimi poradziła? Weszła na słuszne tropy, czy raczej błądzi opłotkami? Co jest fajnego w Polsce (no powiedz nam coś miłego), że tak często tu przyjeżdżasz (mam nadzieje, ze nie odpowiesz po prostu “Stasiuk” :-) ).

Ach, wydaje mi się, że jakoś z tym polskim entuzjazmem jednak przesadzasz:-). Ja w każdym razie nie czuję tego, ze jestem w Polsce jakoś tam specjalnie ceniony. Przecież jak przychodzi do mnie na spotkanie autorskie jakieś 20 osób (w Ukrainie czasami 600), to trudno uwierzyć w to “wygłodzenie”. Owszem, to jest kraj, w którym mam (po moim rodzinnym drugi) najwięcej wydanych książek. Ale jeśli wziąć pod uwagę ich nakłady albo – jeszcze lepiej – to, jak się sprzedają, to wcale nie wygląda to bardzo optymistycznie. U nas o takich zjawiskach mówi się sarkastycznie “szeroka popularność w wąskim gronie”.

O krytyce: to, że jest lepsza od ukraińskiej – bez wątpienia. Nie myślę o krytyce wobec mojej twórczości, ale że zasadniczo jest lepsza, na o wiele wyższym poziomie. Więc jest mi miło, jak czytam coś o sobie w polskiej krytyce, zwłaszcza że raczej nie mam tu takich nienawistników, jak na Ukrainie, wręcz odwrotnie – wszyscy piszą o mnie z uprzejmością, prawdopodobnie też dlatego, że jednak jestem tu gościem, “przedstawicielem sąsiedniego kraju”. Ale mam tutaj tyle przyjaciół, że już nie mogę nie przyjeżdżać – chociażby dlatego, że chcę się z nimi spotykać, pić i gadać. Więc to jest dla mnie największa zaleta Polski – że tu jest o wiele więcej takich ludzi, z którymi dobrze się pije i gada.

Джерело: http://www.biuroliterackie.pl/przystan/czytaj.php?site=100&co=txt_0915